Jak co roku w grudniu, zaczynają się zimowe wyprzedaże. Obniżki cen nawet o 70% kuszą bardzo. Jeszcze nie tak dawno – bo zaledwie kilka lat temu – kupowałam co tylko wpadło mi w ręce i choć odrobinę mi się podobało. Ciuchy nie mieściły się w szafie, a portfel świecił pustkami. Najgorsze w tym wszystkim było to, że mimo stosu ubrań, wiecznie nie miałam co na siebie włożyć. Odkąd zaczęłam wprowadzać zmiany w swoje życie (lepsza organizacja, minimalizm) moje podejście do wyprzedaży uległo znacznej metamorfozie. Teraz kieruje się tylko i wyłącznie jedną zasadą:

Zanim wyruszę na „polowanie” przeglądam szafy z ubraniami – swoje, męża i dzieci. Spisuję na kartce to, czego akurat brakuje w garderobie bo np. wyrzuciłam z powodu niespieralnych plam, zniszczenia itp. Dzięki temu nie kupuję wszystkiego co mi się nawinie, tylko te właśnie konkretne rzeczy, które na pewno będziemy nosić.

Jeżeli chodzi o kupowanie ciuchów dla moich dzieci sprawa wygląda nieco inaczej – są jeszcze małe i ciężko oszacować rozmiar jaki będą nosić np. za 4 miesiące. Staram się kupować ciuchy uniwersalne tj. takie, które sprawdzą się i latem i zimą. Zazwyczaj są to podkoszulki, bluza, legginsy i spodnie – wszystko rozmiar lub 2 większe.

Kilka rad na koniec:

Wyruszając na wyprzedaże pamiętajcie o tym, aby kupować ciuchy, które z łatwością zestawicie z tymi, które już posiadacie w swojej szafie.

Unikajcie kupowania ciuchów nie w swoim rozmiarze (schudnę do tej bluzki, przytyję do tych spodni). Jak schudniesz lub przytyjesz, to w tedy sobie kupisz.

Zabierz ze sobą towarzystwo – podpowie Ci w czym wyglądasz dobrze i w jakim kolorze lub fasonie jest Ci do twarzy.

Zanim podejdziesz do kasy, zastanów się – czy na pewno rzecz, którą chcesz kupić jest Ci potrzebna. Tak – kupujesz, nie – odkładasz na wieszak i gratulujesz sobie silnej woli 😉