Jeden z faktów o mnie – przeprowadzam odgruzowywanie mieszkania od roku. Nie, nie jestem aż tak powolna żeby sprzątanie dwupokojowego mieszkania zajmowało mi tyle czasu, ani nie panuje w nim tak duży nieporządek aby tyle to trwało. Po prostu na pozbycie się pewnych rzeczy potrzebowałam czasami miesiąca, niekiedy dwóch.

Jak wygląda to u mnie? Zaczęło się od tego, że niesamowicie denerwował mnie namiar rzeczy wokół mnie. Na komodzie 3 figurki słonika z podniesiona trąbą, które dostałam jeszcze w podstawówce od koleżanek na szczęście (cóż ja poradzę jak taka była moda ;)) obok rachunek za telefon, na tym wszystkim pluszak pierworodnej, gdzieś tam jeszcze ulotki z supermarketu – pani dawała to wzięłam. Długopisy, kredki, książki, album ze zdjęciami, krzyżówka, kolorowanka. Tak tak, cały czas piszę o tym co miałam na komodzie. No, ale najgorsze jest to, że nie tylko tam było tak kiepsko, mimo tego, że cały czas sprzątałam, odkładałam na miejsce to za dzień lub dwa znowu było to samo. Doszłam do wniosku, że to nic innego jak CZARY. No bo cóż innego, skoro cały czas sprzątam?

Po jakimś czasie pomyślałam, że to jednak nie czary. Po prostu:

A. Mamy za dużo niepotrzebnych rzeczy – są przerzucane z kąta w kąt, upychane po szafkach, dlatego trudno je namierzyć

B. Te potrzebne nie mają swojego konkretnego miejsca

Wniosek nasunął się sam – musiałam pozbyć się starych, niepotrzebnych gratów, które stały mi na drodze do uporządkowanego mieszkania.

Na pierwszy rzut wybrałam pokój z komodą 😉 Mam w nim 3 duże szafy. Porządki robiłam zgodnie ze wskazówkami zegara, półka po półce, szafa po szafie. Przeglądałam ich zawartość, część rzeczy wyrzucałam od razu, a część zostawiałam bo nie byłam pewna czy chce się ich pozbywać. Tak samo postępowałam z kolejnym pomieszczeniami.

Jak napisałam na początku postu – na pozbycie się niektórych rzeczy potrzebowałam czasu, dlatego też raz w miesiącu przeglądam zawartość szafek, półek itp. i wyrzucam to co zbędne.